29 cze 2014

Weekend na dolnym Mokotowie cz.2

Dziś, zgodnie z obietnicą, dokończenie wczorajszej wyprawy na Dolny Mokotów. Po pierwsze, zdjęcie z tego samego numeru "Stolicy" (nr 29 z r.1971), co w poprzednim wpisie. I drobny problem, gdyż...


...gdyż zieleń, której tak mało mamy w Warszawie, uniemożliwia remake.

Pozostaje zatem uwiecznienie miejsca z oryginalnego zdjęcia pod nieco innym kątem.


Druga fotografia jest trochę młodsza, wykonano ją na potrzeby "Stolicy" z 1974 roku (nr 28-29):

Na zdjęciu widzimy Czerniakowską w stronę północną. Na nowej fotce w krajobraz wrzyna się estakada dojazdowa do Mostu Siekierkowskiego. Signum temporis.

Fotografie współczesne pochodzą z 2014 r. Miłej niedzieli!

16 komentarzy:

  1. Te bloki to Mokotów, Berlin Wschodni, Kraków czy Sosnowiec?

    OdpowiedzUsuń
  2. tak właściwie, to skąd u Ciebie ten mem, że "w Warszawie jest mało zieleni"? niektórzy niewarszawiacy, co tylko byli na dworcu centralnym, wyszli z niego i cofnęli się ze zgrozą mawiają o stolicy, że to "betonowa pustynia", ale nikt z tubylców wszak tak nie powie. no więc?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam rozmowę ze swym ojcem sprzed jakichś trzydziestu lat: przeczuwając już okrutną prawdę, spytałem nieśmiało: Tatusiu, czy Warszawa jest ładnym miastem? - Tak tak, synku. Jest w niej dużo zieleni.

      Usuń
    2. Ciekawe, co powiedziałby teraz, gdy zieleni jest dużo więcej;)

      Usuń
    3. Powiedziałabym, że zieleni jest więcej, ale niekoniecznie tam, gdzie jest potrzebna ;)

      Usuń
  3. Niektórzy warszawiacy, reagujący histerycznie przy każdym wycinanym drzewie, bardziej mnie śmieszą niż betonomózdzy znawcy trasy praca-dworzec.


    Nie ujmuję nic miejskiej zieleni - sam ją lubię - ale nie zgadzam się na to, żeby była wszędzie, za wszelką cenę i w każdej ilości. Czekoladę też lubię, ale gdybym jadł ją na śniadanie, obiad i kolację, rzygałbym dalej niż widzę, zamiast czuć błogość i szczęście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. porównywane rzeczy (zieleń w mieście i czekolada w żołądku) są nieadekwatne, a przez to porównanie demagogiczne, o czym dobrze wiesz ;-) tak jak i sformułowanie "wszędzie, za wszelką cenę i w każdej ilości".
      niemniej, w budżecie partycypacyjnym głosuję za nasadzeniami, dosadzeniami i zakrzaczeniami.

      no, ale wrócę do pytania - skąd sformułowanie, że "zieleni jest mało w Warszawie" - czy ktoś tak naprawdę mówi(ł)?

      Usuń
    2. 1. Oczywiście, każdy mierzy swoją miarą, ale dla mnie to porównanie jak najbardziej na miejscu, dlatego go użyłem. Jeśli uważasz inaczej - zaproponuj alternatywne, zamiast krytykować, chętnie się zapoznam.

      2.Protekcjonalne użycie już po raz drugi w tym tygodniu przymiotnika "demagogiczny" w stosunku do moich wypowiedzi nie sprawi, że zmienię zdanie, zacznę mysleć inaczej, przejdę na buddyzm i stanę się lepszym człowiekiem. Co więcej, będę trwać w postanowieniu, że o ile zieleń ma w mieście być, to nie może rosnąć tak jak chce, ile chce, i gdzie chce. I wspomniane już stwierdzenie, ze jeśli ktoś chce mieć wszędzie drzewa, niech idzie do leśniczówki, wcale nie jest, moim skromnym zdanie, od rzeczy. Jeśli w mieście tworzy się architekturę a następnie tę architekturę zasłania szczelnie zieleń, to po co komu ta architekura?

      3.Naprawdę.

      Usuń
    3. oj, tam, nie o to chodzi, byś przechodził na buddyzm.
      nie piszę o demagogii protekcjonalnie, ale po prostu porównanie zieleni do czekolady jest nieprzystające.

      to samo niestety z "tworzeniem i zasłanianiem architektury" - rolą "architektury" w pierwszym rzędzie jest zapewnienie ochrony przed zimnem i deszczem dla jej użytkowników, dopiero którąś kolejną jest dostarczanie wrażeń estetycznych obserwatorom pozostającym na zewnątrz. tym bardziej, że z tymi wrażeniami różnie bywa.

      rozumiem, że dla osoby parającej się fotografowaniem stołecznej architektury, zieleń jest jakąś tam przeszkodą, ale nie można się na nią za to obrażać, jeśli się weźmie pod uwagę jej walory:
      zieleń - nie dość, że sama w sobie dostarcza nie gorzej wrażeń estetycznych, co architektura (a nierzadko lepiej), to niezwykle poprawia jakość życia w mieście - nie ukrywajmy - totalnie zasmrodzonym spalinami i zanieczyszczonym hałasem.

      drzewo, poza tym, to jednak żywa istota, i choć nie odczuwa, jak zwierzę, i nie ryczy z bólu, to jednak żyje, i dla mnie wycinanie zdrowego drzewa to brak szacunku dla tej formy życia i krótkowzroczna bezmyślność.

      nie ma co sugerować przenosin do leśniczówki, jeśli ktoś - jak ja - ma ochotę mieszkać w mieście maksymalnie zadrzewionym ;-)

      zresztą nie dramatyzujmy - budynki o walorach estetycznych w Warszawie są nadal bardzo dobrze widoczne, a spokojnie mogę przeżyć bez oglądania tylnej strony pałacu Kazimierzowskiego od Browarnej ;-)

      ostatecznie też - nie znam żadnego miejsca w Warszawie, gdzie zieleń zawładnęła przestrzenią, jest nieutrzymywana w ryzach i przypomina dżunglę - poza rezerwatami las Bielański, Natolin i Morysin ;-)

      jeśli Cię to nie przekonuje - a nie przekonuje - to przynajmniej przyznaj, że tam, gdzie nie byłoby przy ulicy drzewa, tam pojawiłoby się w zamian miejsce parkingowe.

      mnie zresztą cały czas chodzi o to sformułowanie o BRAKU zieleni w Wwie, tak często się nim posługujesz, że zaciekawiło mnie, czy je wziąłeś z ril-lajfu.

      Usuń
    4. Wkurzyłem się, bo napisałem dość, moim zdaniem, wyczerpującą odpowiedź, kliknąłem "publikuj" i nie ma jej ani w komentarzach, ani w spamie. Nie pierwszy to raz taki numer.

      Ale - jak to powiedział kiedyś pewien poseł - "przejdźmy do adremu".


      Szanuję i rozumiem Twoją potrzebę mieszkania w maksymalnie zadrzewionym mieście. Będę bezgranicznie szczęśliwy jeśli pojmiesz wreszcie, że inni ludzie nie muszą mieć takich samych potrzeb i ja właśnie do tej grupy należę. Przy czym - jak już pisałem - nie mam absolutnie nic przeciw zieleni, tylko lubię ją w umiarze. A demagogią mogą być wzruszające teksty o żywych drzewach - równie dobrze możemy nie plewić chwastów i nie zabijać komarów na ręku, bo też żyją i cierpią. Poza tym sformułowanie "budynki o walorach estetycznych w Warszawie są nadal bardzo dobrze widoczne" to też płynna sprawa, bo jednak parę nie jest widocznych (nie chodzi tylko o Pałac Kazimierzowski, ale np Bank Landaua), za to widocznych jest parę potwornych gówien, przed którymi drzewa nie rosną.


      Słyszałem od wielu ludzi (nie wiem czy miejscowych, czy przyjezdnych - znaczy się, nie wiem we wszystkich przypadkach), że Warszawa w ogóle nie jest zielona, że hest w niej mało drzew, że jakaś tam większa zieleń to tylko w parkach. Naturalnie, część z moich rozmówców to ludzie, którzy dom opuszczają, wyjeżdżając z podziemnego parkingu samochodem, którym to samochodem dojeżdżają do parkingu w pracy lub, w weekendy, przy centrum handlowym - i na tym, być może, ich znajomość miejskiej przestrzeni się kończy.

      Usuń
  4. Wchodzę i... zamurowało mnie!

    A zieleni w mieście faktycznie nigdy za wiele, ale na wszystko jest odpowiednie miejsce. Są okolice, gdzie zieleni faktycznie prawie nie ma, a są miejsca, gdzie budynków nie widać zza dżungli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę że to, co napisał H_Piotr, dość dobrze odzwierciedla istotę rzeczy. Nie zawsze zieleń jest tam, gdzie najbardziej byśmy ją chcieli widzieć. Rachityczne sadzonki, "ożywiające" betonowe skwerki przed nowoczesnymi kompleksami biurowymi, wyglądają smutno. Ale gdy idę np. ulicą Narbutta i ledwo widzę elewacje budynków, też mi z tym źle.

      Usuń
    2. Weź pod uwagę, że ludziom - większości - mieszka się przyjemniej, gdy mają za oknem trochę zieleni. Mnie wkurza, gdy krzaki zasłaniają reprezentacyjne budowle - np. znany z Twego bloga przykład Sejmu, ale Narbutta to dzielnica mieszkalna, gdzie pewnie sami mieszkańcy lubią trochę sezonowej zieleni (nie ma jej tam aż tak wiele).
      Inny aspekt - procedury administracyjne. Uczciwemu człowiekowi pielęgnować w Warszawie zieleń nie jest łatwo - wiem to, bo już trzeci raz muszę uzupełniać papiery w sprawie przycięcia - nie wycięcia - głupiego jesionoklonu samosiejki. Urzędnicy potrafią się przyczepić do dowolnego duperelu. A z drugiej strony bezwzględny cham nie patrzy na procedury, tylko wycina i burzy, co chce, i nie ponowi za to żadnej kary...

      Usuń
    3. "Weź pod uwagę, że ludziom - większości - mieszka się przyjemniej, gdy mają za oknem trochę zieleni. "- jestem za; nigdy nie napisałem, że wypieprzyłbym w kosmos całą zieleń i nie chciałbym jej za oknem. Natomiast pamiętam również, jak jeszcze w latach 80-tych moja rodzina na Mokotowie walczyła z drzewem, zasłaniającym absolutnie cały widok na świat, o zaciemnieniu mieszkania nie wspominając. Z tym że nie traktuję kwestii zieleni na zasadzie "wszystko albo nic" - radykalne rozwiązania nie są dobre w żadnym z kierunków.

      A uczciwym ludziom zawsze jest trochę trudniej, niestety. I to nie tylko w dzisiejszych czasach; sądzę że i przeszłości dotyczy to w dużej mierze, acz to dyskusja na zupełnie inną okazję.

      Usuń
  5. Spoko. Kilka parków miejskich - ten nad Kanałkiem, Śmigłego-Rydza - mają zwrócić właścicielom to wytną zieleń i postawią dla równowagi apartamentowce - będzie ładniej :D

    OdpowiedzUsuń