2 sty 2013

Nowy Świat i okolice 1959-2012

Nowy Świat towarzyszył mi przez całą podstawówkę (jeździłem 116 do tejże)a w jej późniejszych latach również przy jej opuszczaniu, zwanym popularnie wagarami. Jak wiadomo, 21 marca, wraz z początkiem astronomicznej wiosny, celebrowany był/jest nieoficjalny acz bardzo popularny Dzień Wagarowicza. Cała moja klasa (prawie, poza jedną typową kujonką i jej bojącą koleżanką – te siedziały w szkole) przychodziła rano pod szkołę, po czym nie wchodziliśmy do niej i szliśmy w miasto. Mając lat dwanaście nie myśleliśmy, oczywiście, o tankowaniu browaru w bramach czy melanżowaniu pod nieobecność rodziców w domach, ale po prostu szliśmy na spacer. A co to ma wspólnego z Nowym Światem? A bo obowiązkowym punktem programu – o czym już kiedyś pisałem - była wizyta w koktajl-barze/cukierni „Igloo” przy Nowym Świecie (po parzystej stronie, wejście było w bramie na odcinku między Foksal a Ordynacką) i zamawianie lodów „ze wszystkim”, co oznaczało że do porcji lodów prosiliśmy o dodanie wszystkiego, co pani miała na stanie: bakalii, owoców, posypki, kakao itp. Była to niby ryzykowna mieszanka, ale zjadana przez nas bez większych sensacji. A potem wjeżdżaliśmy na ostatnie piętro Pałacu Kultury (bilety były wówczas śmiesznie tanie), podziwialiśmy widoki i rozchodziliśmy się każde w swoją stronę. Ten rytuał narodził się w jakiejś V/VI klasie i trwał do końca szkoły. Moja klasa nie była szczególnie zgrana, ale akurat tego typu akcja podejmowana była chętnie, mimo konsekwencji w postaci tzw „godzin nieusprawiedliwionych”, co wytykała nam znienawidzona wychowawczyni.

Swoją drogą, parę lat temu popularny był portal „Nasza klasa”, gromadzący byłych uczniów różnych szkół – nie angażowałem się jakoś szczególnie w bytność na nim, ale ze zdumieniem i zaciekawieniem poczytałem wspomnienia kolegów i koleżanek z różnych klas na temat zarówno podstawówki, jak i liceum, i naprawdę byłem szczerze zdumiony różnorodnością odbioru przedmiotów oraz przede wszystkim nauczycieli. Okazywało się, że np. pani, która dla mojej klasy była cudowna, w innej z klas pozostawiła po sobie niezatarte wrażenie jako sucz maksymalna, natomiast inna pani, będąca w stosunku do nas ostatnią cholerą, we wspomnieniach innych jawiła się jako słodziutka ciocia, do której przychodzi się po ciasteczka. Ilu ludzi, tyle opinii.







Nowy Świat widziany z ronda de Gaulle'a. I autobus, niekoniecznie czerwony, przez ulice mego miasta mknie. Albo przynajmniej próbuje.



"Nowy jest nie tylko Nowy Świat..." - no, nie taki już nowy.




Pałacyk SARP przy Foksal, widziany od tyłu.






A to już pałac Zamoyskich, przy którym kończymy dzisiejszą wycieczkę. Uczestnicy proszeni są o rozejście się w zgodzie, pokoju, z uśmiechem na ustach i wodą w kolanach.

Archiwalne zdjęcia pochodzą z "Warszawskiego Kalendarza Ilustrowanego" na rok 1959.



10 komentarzy:

  1. A wg Twojego podziału na kujonów i nie-kujonów jak zakwalifikujesz osobę, która w Dzień Wagarowicza szła do szkoły i po rozeznaniu się w sytuacji wracała do domu oglądać telewizję? Całe życie byłam hipsterem, alboco. Zresztą tak było tylko chyba tylko pierwszego roku licealnego, potem szkoła organizowała takie przedstawienia, że żal było przegapić, poza tym raz wypadł nam dyżur w tym przedstawieniu i to było chyba najlepsze, jakie widziałam. Oczywiście nauczyciele też byli zatrudnieni, poprzebierani, lekcji i tak miało nie być, więc się szło na luzie. Kto chciał pić w bramach i ćpać na melanżach, oczywiście to robił (moja szkoła była raczej narkotic-friendly, tzn. pani dyrektor udawała, że nie widzi ;) ).

    No i bez to nigdy w Dzień Wagarowicza na Starówkę nie dotarłam, a potem to już było nie to samo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak miałem w liceum. Szedłem do szkoły, i jak w drodze coś mnie nachodziło, to będąc niemal pod szkołą zawracałem do domu (oczywiście pod warunkiem, że rodzice byli w pracy) i oglądałem filmy w telewizji lub na video. Był jeszcze wariant snucia się po mieście przez kilka godzin, ale rzadziej.
      Potem tylko moja matka dostawała plik usprawiedliwień przeze mnie wypisywanych, ale takie weszły reguły, że można było samemu napisać sobie usprawiedliwienie.

      Usuń
  2. Podział na kujonów i niekujonów mam naprawdę bardzo prosty :) W moim liceum robiono wprawdzie chyba raz jakiś "Dzień wiosny" z przebieraniem się, ale chyba nie zaszczyciłem, podobnie jak większość moich kolegów i koleżanek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ktoś zostaje, to jego sprawa, a co powiecie o człowieku, który zachęca, proponuje wyjście, a gdy uda mu się przekonać większość klasy i wychodzą, on wymyka się chyłkiem i wraca do szkoły?

    OdpowiedzUsuń
  4. Może ci znajomi posyłają teraz swoje dzieci do szkoły i boją się, że pociechy przyniosą uwagę w zeszycie "Ojciec ucznia napisał o mnie na portalu NK "sucz maksymalna. Proszę o kontakt." :D

    A w dzień uciekania ze szkoły w mojej podstawówce organizowano oficjalnie dni bez lekcji - były wycieczki na Lipków albo do kina czy teatru. Przynajmniej łykaliśmy nieco kultury zamiast browara jak młodzież dzisiejsza.

    A na Nowym Świecie jak i w ogóle na Śródmieściu jakoś dawno mnie nie było i chyba szybko muszę nadrobić :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytam akurat ciekawa książkę o ... w zasadzie budowie Nowego Światu, po wojnie.
    Carte blanche, pole do popisu architektów, pierwsza ulica utworzona po wojnie, jeszcze nie skażona aż tak bardzo widmem socrealizmu, który później kazał budować MDM-y. Co ciekawe, na podstawie zamysłów, które powstawały w Wydziale Planowania w ... 1940 roku.

    OdpowiedzUsuń
  6. chyba w każdej klasie była kujonka i jej bojąca się koleżanka :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja się na tych naszychklasach nie wyznaję, a wspomnienia szkole zacierają mi się z latami, i niespecjalnie żałuję mimo, że były bardzo dobre. A nie interesuję się nk, bo każdy wspomnienia ma inne, i po co miałbym się teraz zastanawiać, czy ta słodka ciocia to była jednak sucz czy nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. opinia zależy też od aktualnego nastroju i jest zmienna w czasie i przestrzeni.

    OdpowiedzUsuń