20 sie 2015

GTWB XCIV - "Wspomnienie z PRL"



Mam nieodparte wrażenie, że większość wspomnień z okresu PRL, jakie mam okazję przeczytać w różnych wywiadach, pamiętnikach i książkach, zależą od tzw punktu siedzenia. Osobiście pamiętam schyłkową, siermiężną wersję PRL z lat szkolnych, a konkretnie z podstawówki. Skończyła się szkoła podstawowa, skończyła się też PRL. Tak wyszło. A co pamiętam? Przede wszystkim brud i syf w środku miasta (poza nim także). Szczególnie końcówka lat osiemdziesiątych była dość wątpliwa estetycznie, chyba dlatego że na nic nie było pieniędzy i nikomu jakoś specjalnie na owej estetyce nie zależało. Pamiętam kiepskiej jakości książki, które rozlatywały się po pierwszym przeczytaniu, obrzydliwy smak wody Mazowszanka (innej nie kojarzę), dwa rodzaje jogurtu, wstrętne baranie parówki, udające wieprzowe, trudności w kupieniu głupich baterii do kaseciaka i kolejki po cokolwiek. Przy tym wszystkim zastanawia mnie gloryfikacja PRL, za której było cool, bo były saturatory i oranżada w proszku.

Nie wszystkie wspomnienia, oczywiście, mam złe. Dziecięciem będąc przecież nie musiałem się martwić o wiele spraw a czas wolny spędzałem na beztroskim słuchaniu płyt, kupionych w MKPiKu, którego już nie ma, oraz na spacerach po mieście. Zresztą, te hobby pozostały mi po dziś dzień.

Ponieważ mam jeszcze w miarę dobrą pamięć, wybrałem kilka wspomnień, które przedstawię na chybił trafił.


Hotel Victoria był uznawany za szczyt luksusu w PRL-owskiej Warszawie. Moje wspomnienie z niekoniecznie akurat tym hotelem związane dotyczy hobby, jakie miało wiele dzieciaków w moim wieku (10-12 lat wówczas), a polegającym na zbieraniu reklamowych folderów hoteli, linii lotniczych, biur turystycznych itp. Chodziliśmy całymi hordami, a następnego dnia chwaliliśmy się tym, co udało się upolować (moja szkoła sąsiadowała z Air France i Hotelem Grand, niedaleko też były inne biura, od British Airways po Aeroflot, o hotelach nie mówiąc), wymienialiśmy trofeami itp.  Na fotografii hotel (1988), który wystapił chociażby w "Misiu", "07 zgłoś się" czy też w teledyskach ekstremalnych lubelskich wokalistek.





Nieistniejąca już księgarnia "Nike" była niezłą odskocznią dla tych, którzy chcieli zaopatrzyć się w podręczniki a nie chciało im się tarabanić na zapchany handlarzami plac Dąbrowskiego. Moje wspomnienie tyczy nie tyle podręczników, co samej szkoły. Chodzi mi konkretnie o pierwsze wagary, była to bodaj 6 klasa. W mojej szkole nauczyciele wchodzili tak zwanym wejściem A, natomiast uczniowie wejściem B, prowadzącym do szatni. Pewnego deszczowego dnia zapomniałem butów na zmianę (nie wiem czemu nie zostawialiśmy ich wówczas w szatni, chyba z powodu częstych kradzieży). W drzwiach wejścia B stała woźna szkolna i sprawdzała czy mamy buty. Kto nie miał, tego nie wpuszczała do budynku. No i tak wyszło że z koleżanką nie zostaliśmy wpuszczeni. I poszliśmy sobie precz, do domu koleżanki, gdzie - do dziś pamiętam - robiliśmy zapiekanki z kanapek, które rodzice dali nam na drugie śniadanie, czyli dorzucaliśmy do nich ser, zapiekaliśmy, do tego ketchup, sól... mniam. Oczywiście, następnego dnia dostaliśmy ochrzan za nieobecność i nie obchodziło nikogo, że woźna o rozmiarach słonia nie dała wejść do środka. Dziś wszyscy trzęsą się, żeby dziecku się nic nie stało (zwłaszcza w czasie, gdy szkoła bierze za nie odpowiedzialność) a wtedy... no ale to były trochę inne czasy.





Schyłek PRL to próby unowocześnienia dość - nazwijmy to - specyficznego centrum naszego miasta. Jak widać na wizualce z 1989 roku, planowano wybudować hotel Holiday Inn oraz dom towarowy Bogusz Center. Co więcej, oba budynki powstały, ale ten drugi został zburzony i ustąpił miejsca "żaglowi". A wspomnieniem w tym wypadku jest sam widok, który przedstawiają oba obrazki, bo widywałem go regularnie, odwiedzając moją babcię, która przez całe swoje życie mieszkała na Złotej przy Jana Pawła II i wychodząc od niej z domu widziałem właśnie to, co powyżej, w różnych fazach. Oczywiście "szkoda, że wtedy nie było cyfrówek, to bym natłukł zdjęć"... prawda?



Wszystkie zdjęcia i wizualka z lat PRL pochodzą ze "Stolicy" a nówki sztuki z 2015 roku.

6 komentarzy:

  1. Warszawa ma to do siebie, że w niej mieszkamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. "wstrętne baranie parówki, udające wieprzowe" - tego nie pamiętam, w dzieciństwie w ogóle nie dawano mi parówek, przyjmując z góry, że nie nadają się do jedzenia. Ale jeśli rzeczywiście były baranie - biorąc pod uwagę dzisiejsze ceny baraniny, mógłby to być przysmak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baranich też nie kojarzę, za to kojarzę z wczesnych lat 80. sklepy z koniną i falę artykułów prasowych o jej prozdrowotnych zaletach. Nie próbowałem, więc się nie wypowiem, ale podobno smakowało toto nieźle, zwłaszcza "końskie kabanosy" (błe!)

      PS. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia, więc wrażenia podzielam. I mimo zasadniczo dobrych wspomnień osobistych z PRLu, bo tylko parę razy ZOMO mnie przeganiało po ulicach, więc żaden ze mnie kombatant, to pamiętam wszechobecną buroszarość wszystkiego. I wszystko kryzysowo "Popularne" - od fajek przez proszek, mydło do herbaty. Nevermore!

      Usuń
    2. O tak, "popularność" była wszechobecna.

      Usuń
    3. "Popularność" pochodziła od "populus" - "lud".

      Jak mogło być inaczej w Polsce Ludowej? ;-)

      Usuń
  3. Chciałem napisać, ze vox populi itd, ale mi się ciśnie komentarz polityczny (współczesny), niestety.

    OdpowiedzUsuń