20 sty 2014

GTWB LXXV - "Stop!" - czyli walczymy z ludowymi mądrościami i z nadmiarem zieleni

Ludową mądrością jest to, że w Warszawie nie ma zieleni. Że betonowe pustynie pożerają roślinki, rzadkie gatunki chrząszczy a naród pogrąża się w przyrodniczej degrengoladzie. Oczywiście, to tylko ludowa mądrość - zieleni w Warszawie jest bardzo dużo. Problem raczej w tym, gdzie i jak ona rośnie.

Gdy po wojnie organizowano życie miasta i jego przestrzeń na nowo, naturalnych dekoracji wiele nie było. Na różnych zdjęciach widać rachityczne, młode drzewka i niziutkie krzewy, sprawiające wrażenie przytłoczonych nowo powstającymi blokami i ulicami. Dziś sytuacja odwróciła się nieco. Zieleń, przez nikogo specjalnie nie ujarzmiana, rozrosła się nie tylko tam, gdzie przewidziano dla niej miejsce w różnych projektach, ale także tam, gdzie jej było wygodniej. Owe małe drzewka rosną teraz do wysokości drugiego-trzeciego piętra a  niegdysiejsze skromne krzewy i krzaczki gdzieniegdzie przypominają dżunglę.

Najbardziej na zarośnięciu zyskały PRL-owskie blokowiska. Z początku bezduszne, z szarej płyty (która dość szybko ulegała zabrudzeniu, wywołując efekt slumsów), obecnie - po trzydziestu, czterdziestu latach od powstania - dosłownie toną w zieleni. I może rzeczywiście ujarzmiła ona nieco surowość brył, wypełniła przestrzenie między blokami i dodała ludzkiego pierwiastka (o kolorowaniu bloków w wyrzyganą sałatkę warzywną nie wspominam, bo to temat na inną dyskusję o zabarwieniu okulistyczno-psychiatrycznym).

Problem raczej jest z zielenią w tych częściach miasta, gdzie nie ma niebotyków. Gdzie architektura sięga kilku a nie kilkunastu kondygnacji. Nie widać latem banku Landaua, jednego z niewielu przedstawicieli secesji w Warszawie. Zasłonięta jest dokumentnie potężna, bogata w dekoracje kamienica na Filtrowej nieopodal placu Narutowicza. Ogrodowa elewacja Pałacu Kazimierzowskiego nawet w porze bezlistnej jest trudna do uchwycenia spod skarpy.

Wielka awantura wybuchła, gdy zaczęto porządkować Park Krasińskich, co polegało m.in. na wycince niektórych drzew. Histeryczne larum, połączone z kuriozalnymi obrządkami (pogrzeb zdjęć sowy, która - jak się okazało - padła z głodu a nie z powodu ścięcia drzewa, w którym mieszkała, jak rozwścieczony naród sugerował) to tak zwana "inicjatywa społeczna", która nie za bardzo wiem, czemu ma służyć - istnieje subtelna różnica między parkiem miejskim a rezerwatem przyrody i to pierwsze wręcz wymaga raz na jakiś czas uporządkowania. W domach także sprzątamy i wyrzucamy śmieci a nie zostawiamy leżące i gromadzimy, bo tak ładniej i szkoda się pozbyć. Co więcej, gdy podejdzie się do bramy przy Bohaterów Getta (Nalewkach), można zauważyć, że i tak nie usunięto wystarczającej ilości gałęzi, żeby odsłonić pałac. Szczęście miał Park Ujazdowski, bo w okresie, gdy był remontowany, jeszcze nie istniały możliwości pikietowania w imieniu traszek i koników polnych a przecież przeszedł on niemałą rewolucję.

Są miejsca, co do których mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o nadmiar czy niedobór zieleni. Jednym z nich jest Mariensztat. Z jednej strony położony poniżej skarpy, która chyba z definicji powinna być zorganizowana a naciskiem na efekt przyrodniczy. Z drugiej - było kilka fajnych punktów widokowych, które z czasem być nimi przestały, z powodu drzew właśnie. Dziś możemy zobaczyć, jak wyglądają te same miejsca w porze bezlistnej oraz jak prezentowały się prawie sześć dekad temu.


Tu zapewne więcej byłoby widać, gdybym miał możliwość wykonania zdjęcia z miejsca, z którego wykonano je oryginalnie (teren kościoła św. Anny), ale różnicę w zarośnięciu i tak widać.


Perspektywa ulicy Mariensztat jest z tego miejsca widoczna tylko zimą i wczesną wiosną.


Tu widok z mostu Śląsko-Dąbrowskiego na mariensztacki rynek. Stąd ujęcie przestało być atrakcyjne, ale na pewno latem zielona kurtyna jest atrakcyjna z perspektywy samego rynku (który i tak jest pusty).


Posadzony pewnie z dobre 20-30 lat temu chojaczek przy Sowiej konkuruje powoli z kamienicami.



Natomiast po likwidacji górnego odcinka ulicy Mariensztat moim zdaniem dobrze, że zorganizowano tu kameralny, zielony teren. Inna sprawa, że pewnie niedługo trzeba go będzie rozryć w związku z pękaniem ścian w kościele św. Anny.

 Fotografie pochodzą z albumu "Warszawa", wydanego w 1957 roku przez tygodnik "Stolica" (patrz: źródła). Stan współczesny to styczeń 2014.

15 komentarzy:

  1. Raczej nic na to nie poradzimy i zielsko będzie zasłaniało coraz większe połacie miasta. Faktem jest, że nikt nad tym nie panuje i wiele zabytków zamiast cieszyć oczy ... cieszy stada hałaśliwych szpaków.

    OdpowiedzUsuń
  2. jak wiadomo, zupełnie się nie zgadzam.

    "Drzewo to kultura" - zacytuję cytowanego u Białoszewskiego Jana Lebensteina.

    nigdy się nie spotkałem z "ludową mądrością", że "w Warszawie nie ma zieleni" - skąd takie coś w ogóle?

    pogrzeb sowy może i był głupią akcją, ale meritum dotyczyło wycinki ZDROWYCH drzew, a więc w odczuciu sporej liczby osób, w tym moim, kompletnego barbarzyństwa, w imię przywracania historycznej formy O.Kr. - co samo w sobie jest bez sensu, jako że ma on inny zupełnie dziś kształt, jest równie mądre jak "historycznie" uzasadnione malowanie zabytków w jarmarczne kolory, last but not least chodziło niewiadomo o co, a więc o pieniądze.

    każde drzewo więcej w tym pełnym syfu i spalin mieście mnie cieszy, każde mniej - z wiadomych przyczyn - martwi.

    "odsłanianie architektury" nie jest dla mnie walorem, bo najpiękniejsze widoki na ścianę i tak będą

    co do kamienicy na Filtowej, to trzeba by spytać mieszkańców, czy chcieliby nie mieć tego naturalnego - nomen omen - filtru od hałasu i smrodu z ulicy w imię "odsłaniania" detalu.

    wreszcie, wraz z grupą osób podobnie myślących, prowadzimy spór z władzami dzielnicowymi na temat wycinki drzew, co jawi się najprostszym, oportunistycznym sposobem "dbania" o zieleń w mieście. argumentów naukowych przeciw wycince już tu nie będę przytaczał, ale dysponuję raportami i opracowaniami, które pozyskaliśmy od fachowców (nie, nie chodzi o sowę).
    krótko mówiąc: wadzy prościej jest drzewo ciachnąć niż je pielęgnować. mogą nawet wsadzić nowe, ale praktyka pokazuje, że większość w kompletnie zasolonej zimą glebie przyulicznej się nie przyjmuje, schną.

    a pani naczelnik wydziału ochrony przyrody (sic!) z oburzeniem ostatnio wykrzyknęła "tak! bo mieszkańcy chiceliby tu rządzić!"

    szpaki. to okropne.

    OdpowiedzUsuń
  3. * "odsłanianie architektury" nie jest dla mnie walorem, bo najpiękniejsze widoki na ścianę i tak będą mniej warte niż drzewa, które je przesłaniają.
    w przypadku pałacu Kazimierzowskiego, drzewa w naturalny sposób stabilizują skarpę, powstrzymując jej "spływanie", a więc bezpośrednio służą i zabytkowi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zgadzam się!

    Hańba!

    Zdrada!

    Tylko JA mam rację!

    Jak zawsze, zachodzi tu pełnie niezrozumienie tematu i pełne niezrozumienie dwóch stron nawzajem. W mieście jest miejsce na drzewa i jest miejsce na bezdrzewie. Ludziom żadna różnica, czy oddychają tlenem wyprodukowanym przez drzewo zasłaniające zabytkowy pałac, czy też tego nie robiące. Jest też wiele obiektów (bo to nawet trudno czasem nazwać budynkami), którym zasłonięcie nie zaszkodziłoby, a nawet by pomogło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to to! Też jestem za, a nawet przeciw! Stop! Zalesiajmy bloki, odsłaniajmy zabytki.

      Usuń
  5. Zgadzam się z Marcinem całkowicie z wyjątkiem Ogrodu Krasińskich, w którego temacie zgadzam się z Erem. Jedno i drugie, tzn. zieleń zasłaniająca architekturę i punkty widokowe oraz zbyt inwazyjna renowacja parku, są skutkiem tego samego: braku bieżącego utrzymania. Drzewek w - dodaję kolejny przykład - ogródku Ministerstwa Kultury od strony Pl. Piłsudskiego nikt nie pielęgnuje, więc elewacja pałacu Potockich jest od tamtej strony niewidoczna. Drzew w Ogr. Kras. też nikt nie pielęgnował, dlatego jak przyszło co do czego, trzeba to było leczyć przez amputację.

    Marcinie - wg sporządzonego kilka lat temu (już nieaktualnego) planu rewitalizacji Parku Skaryszewskiego połowa drzew była w nim do wymiany. Wyobrażasz to sobie - Skaryszak bez połowy drzew? - ta sama jazda co w Ogrodzie Krasińskich.

    Akurat na Mariensztacie zieleń mi, ogólnie biorąc, nie przeszkadza.

    @ Er: "każde drzewo więcej w tym pełnym syfu i spalin mieście mnie cieszy" - rozumiem to jako deklarację ideową, ale nie dosłownie, tzn. nie wierzę, że jesteś tak doktrynalny. Lubisz fasadę kościoła wizytek? Nie sądzisz, że jest ona piękną ozdobą naszego miasta? Ja tak, i w związku z tym bardzo się cieszę, że nareszcie widać ją przez cały rok, a nie tylko zimą, jak w niedawnych czasach, gdy ją zarastały dwa drzewa. Czy ktoś za nimi tęskni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wolę drzewo, jakiekolwiek, niż architekturę, jakąkolwiek. drzewa - hipotetyczne - przed wizytkami są większą ozdobą miasta niż sam kościół.
      a - konkretnie - jeśli to były dwa drzewa, no to o co w ogóle chodzi.

      Usuń
    2. "wolę drzewo, jakiekolwiek, niż architekturę, jakąkolwiek" - zapraszamy do lasu.

      Usuń
    3. typowy argument. spotkać się można też z takim "miejsce drzew jest w lesie, tu jest miasto".

      Usuń
    4. No to faktycznie dwa różne byty.

      Usuń
  6. H_Piotr: "Jak zawsze, zachodzi tu pełnie niezrozumienie tematu i pełne niezrozumienie dwóch stron nawzajem"

    Przecież ja nie zdążyłem jeszcze napisać, że nie rozumiem drugiej strony, Co więcej, rozumiem, ale się nie zgadzam, trwając w tym co napisałem powyżej, w treści postu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodziło mi konkretnie o Ciebie i Era, a o ogólny poziom "dyskusji" w Polsce m.in. na ten temat.

      Usuń
    2. dobrze, ale skupianie się na rodzajach porozumienia i nieporozumienia publicznego zaciera meritum dyskusji tutaj, jeśli ona w ogóle ma być.;-)

      Usuń
    3. Trzeba było mówić, że chodzi Ci o Polskę. Nawet o tak wzniosłych przesłankach nie pomyślałem.

      Usuń
    4. Napisałem, co napisałem, aby tu uniknąć takiej jałowej przepychanki słownej.

      Usuń